Wielobarwna mozaika - "Miasto Meksyk. Poziomy zawrót głowy"

 


Chciałam zacząć zupełnie inaczej, ale Juan Villoro mnie zaskoczył. Spodziewałam się po prostu książki o mieście Meksyk – od początków Tenochtitlanu, gdy Mexikowie zasiedlali wyspy na jeziorze Texcoco, aż do dzisiaj, kiedy po wodzie nie została ani kropla. Jednak książka Villoro to coś zupełnie innego.

„Miasto Meksyk” nie jest łatwą lekturą. To nie pisany oszczędnym stylem reportaż ani monografia historyczna, ale coś, co pasowałoby do pewnego pięknego określenia, które pamiętam z lekcji polskiego – silva rerum, „las rzeczy”. Sam autor przyznaje we wstępie, że jego książka ma w założeniu być jak Meksyk: trochę chaotyczna, niesymetryczna, z wątkami pączkującymi w różne strony. Jak palimpsest, którym jest to miasto, gdzie na placu Zocalo niczym – jak przywołuje autor „dziura w zębie” – wyrastają nieliczne pozostałości Templo Mayor, bliźniaczej piramidy Tenochtitlan. Villoro rozmawia z ludźmi, cytuje pisarzy i poetów, opowiada o historycznych postaciach, snuje historie ze swojego dzieciństwa. Jak sam podkreśla, można ją czytać nie po kolei, i chociaż zazwyczaj mam tendencję do linearnego czytania od deski do deski, łącznie z przypisami, tym razem dałam się skusić, by poczuć ten specyficzny klimat. Nie dowiemy się, jak wyglądała krok po kroku historia miasta, ale poczujemy klimat wielkanocnej procesji i tłumu na Zocalo podczas święta narodowego.              

Krótkie rozdziały pogrupowane są w kilka  tematów, m.in. Ceremonie, Wstrząsy, Miejsca, Postaci Miasta. Kawiarniane życie pisarzy, zamaskowani zawodnicy lucha libre, dzieci mieszkające na ulicy, UFO – znajdziemy tu wszystko. Bardziej poważne rozdziały o bohaterach narodowych i rozważania na temat meksykańskiej tożsamości przeplatają się z zabawnymi anegdotami o jedzeniu czy podbojach erotycznych mleczarzy.  

Myślę, że czytelnik bardziej obeznany z kulturą meksykańską wyciągnie z książki więcej – dla mnie jedynymi znajomymi nazwiskami byli Octavio Paz, Hernan Cortes, Malinche, Cuahtemoc i Montezuma. A kompletnym laikiem nie jestem, chociaż więcej wiem o czasach, kiedy Meksyk był jeszcze Tenochtitlanem. Nie jest więc to raczej pozycja dla czytelników, których chcą krok po kroku naszkicować sobie w głowie obraz Meksyku, z całym jego historycznym i kulturowym zapleczem. Spodoba się natomiast wszystkim, którzy lubią dobrze napisane eseje, nawiązania literackie i absurdalne ciekawostki.

AW   

 

                                                                

Komentarze